The blog of Karol Moroz
HomeBlog

188.5. Co się wydarzyło w Klubie Na Górze?


Chengdu, 2015-03-28 17:22:51 +0800
Dzień 31 (224) w Chinach

189. Co się wydarzyło w Klubie Na Górze?
Wywiad Osoby Pierwszej z Osobą Drugą

Osoba Pierwsza: Powiedz mi, co się wczoraj działo. Osoba Druga: Powinieneś raczej spytać, co się '''nie''' działo. Najpierw poszłem do „1855”. Było to gdzieś o jedenastej. Osoba Pierwsza: Czy były jakieś fajne dziunie? Osoba Druga: Mhm. Były tam nasze przyjaciółki, Cycata (Piękny Nefryt Wen), która nadal jest cycata, i Zielonowłosa (Szlachetny Klejnot Liu), która już nie jest zielonowłosa, i nie tańczy już w czarnym, wełnianym płaszczu, tak jak owego pamiętnego (?…) wieczoru, kiedyśmy je poznali.

„Myślę, że to, że zapisujesz nazwiska Chińczyków na drugim miejscu odzwierciedla twój europocentryczny obraz świata, który nie przystoi sinologowi.”

Osoba Pierwsza: W Chinach ''fazhan'' następuje bardzo szybko. Stare chłopskie chaty z dnia na dzień zrównuje się tu z ziemią, by równie szybko wyrosły na ich miejscu apartamentowce i drapacze chmur. Stylówy dziewcząt również podążają za tym samym trądem. Osoba Druga: Spotkałem tam też Caystal, tę uroczą dziewczynę, którą zawsze można znaleźć w „1855”. Osoba Pierwsza: O, to ona naprawdę ma na imię Caystal. Myślałem, że chcesz napisać „Crystal” i coś ci się popieprzyło. Osoba Druga: Przeprowadziłem z nią poważną rozmowę o życiu i całej reszcie. Powiedziałem jej, że postanowiłem brać z niej przykład, gdyż uważam, że odkryła receptę na szczęście. Osoba Pierwsza: Czy możesz zdradzić miastu i światu receptę na szczęście Caystal? Osoba Druga Caystal ma 16 lat. Jak na tak młodą kobietę, wykazuje się niezwykłą dojrzałością i zdecydowaniem. Zdecydowanie unika chodzenia do liceum, i z dojrzałością, godną co najmniej 18-latki, realizuje się na chengduskiej scenie klubowej. Powiedziałem jej, że wziąłem już urlop dziekański. Kiedy spytałem ją, jak widzi swoją przyszłość zawodową z wykształceniem gimnazjalnym, odpowiedziała mi utartym frazesem: 生得好不如嫁得好, „lepiej dobrze wyjść za mąż, niż urodzić się w dobrej rodzinie”. Zauważyłem też, że dłonie Caystal są bardzo suche i zniszczone. Powiedziała mi, że to alergia skórna, ale szczerze mówiąc, mam niejasne podejrzenia, że dolegliwość ta może być wywołana przez środki odurzające. Ostatnio przeczytałem gimnazjalny bestseller ''My, dzieci z dworca ZOO''. Skojarzenie z postacią Christiny F. nasuwa się samo, z tym tylko wyjątkiem, że Caystal, zamiast do dyskoteki „Sound” i chrześcijańskiej wspólnoty „Haus der Mitte” chodzi do klubu „1855”. Osoba Pierwsza: Czy odbyły się tego wieczoru jakieś wyszukane występy artystyczne? Osoba Druga: Nic w tak złym guście, jak ta laska z galanterią w kształcie bananów japońskich ostatnim razem. Było takich czworo obcokrajowców, troje dziewcząt i jeden młodzian. Pojawiali się na scenie dwukrotnie w czasie mojego pobytu w klubie. Za pierwszym razem dziewczęta odziane były bardzo skąpo, do tego stopnia, że z kostiumów wychodziły im fragmenty majtek i pośladków, zaś przy drugim występie stylizowani byli na czarnych raperów z przedmieść Detroit, Michigan. Kiedy tylko na nich spojrzałem, wiedziałem, że pochodzą z któregoś z krajów dawnego Związku Sowieckiego. Przeczucie mnie nie myliło. Kiedy spotkałem ich przy tylnym wyjściu z lokalu, nie spytali nawet, czy mówię w ich języku — od razu powiedzieli ''priwiet''. Zastanawiałem się jeszcze, czy są z Rosji, czy z Ukrainy, ale jak się okazało, byli i stąd, i stamtąd. W przerwach pomiędzy ich występami na parkiet wychodził konferansjer i można było wylosować maskotki. Traf chciał, że dużą maskotkę wylosowała akurat nasza przyjaciółka, Cycata. Potem spiła się do nieprzytomności Rémy Martinem z wodą sodową (która zawiera źródło fenyloalaniny i nie może być spożywana przez osoby chore na fenyloketonurię). Potem ta artystka od siedmiu boleści, która ostatnio paradowała z galanterią w kształcie bananów japońskich, wyszła na scenę w bardzo skąpym stroju, za to z wielką gaśnicą.

Myślę, że powinniśmy wciagnąć się w internet i znaleźć jakieś ciekawe strony do czytania.

Na przykład, jakie?

No, powiedzmy, strony o życiu w Azji.

Taaa, albo blogi o Chinach, na których piszą, że w Chinach jest dużo ludzi i Wielki Mur, a mieszkańcy jedzą ryż pałeczkami.


A NANA znaczy bardszo dużo i się nie znaszPatrz: [[Blog:Elefanto/188. Język koreański a erasmusowy tryb życia|188.]] m.in. 7 po japońsku dokładnie
jakbym miała skośne dziecko to bym je tak nazwała
to się da załatwić... haha wystarczy do wólki kosowskiej pojechać