The blog of Karol Moroz
HomeBlog

188. Język koreański a erasmusowy tryb życia


Chengdu, 2015-03-14 13:36:48 +0800
Dzień 17 (210) w Chinach

W którymś momencie w Chengdu przestało być zimno jak skurczysyn i kubek z herbatą już nie przymarza mi do biurka. Bez roweru niewiele jednak mam pożytku z pięknej wiosennej pogody i któregoś dnia nogi same zaprowadziły mnie do baru. Powróciłem więc do erasmusowego stylu życia i wszystko wskazuje na to, że tak już zostanie. Po pierwszym semestrze bezwstydnego pobierania stypendium na rozbijanie się trzydziestometrowymi limuzynami od popijawy do popijawy i barłożenie w narkomańskich melinach, postanowiłem zakasać rękawy i uczciwie wziąć się do nauki.

Żeby jakoś osłodzić sobie trudy zdobywania wiedzy, powróciłem również do nauki języka koreańskiego. Ponadto, po wizycie w Laosie jeszcze głębiej utwierdziłem się w przekonaniu, że język angielski nigdy nie był, nie jest i nigdy nie będzie prawdziwą ‘‘linguą francą’’, to jest uniwersalnym narzędziem porozumienia między narodami świata, i że tylko Esperanto może uratować ludzkość. Do tego staram się robić codziennie pokłony, ale nie za dużo, żeby nie uszkodzić kolan. Dodajmy jeszcze do tego regularne czytanie ‘‘e-książek’’ i otrzymamy gotową receptę na przyjemne i produktywne spędzenie mego drugiego i ostatniego semestru na Uniwersytecie Syczuańskim (którego, jak już wspomniałem w polskojęzycznej noci [[Blog:Elefanto/181. China day 106. O kabalistyce i Australijczykach|181.]], z przyczyn osobistych wolę nie nazywać Swoją Uczelnią). Faktycznie, plan ów jest w teorii całkiem doskonały.

A potem pojawiły się Koreanki i wszystko było tak jak dawniej. Ale po kolei.

Minionej niedzieli, to jest 8 marca, w Międzynarodowy Dzień Kobiet, który jest w Chinach bardziej czymś w stylu Dnia Kobiet Zamężnych (bo nazywa się 婦女節, a 婦女 to kobieta zamężna), poszedłem z kumplem po kieliszku, Szymonem zwanym Piotrem, do całodobowego po jedno piwko, może dwa, aby odprężyć się po trudach przygotowań do kontynuacji nauki. W sklepie natrafiłem na mojego legalnego współlokatora, mieszkańca Las Vegas o imieniu Brent (w odróżnieniu od nielegalnego współlokatora z Kalifornii, który waletował w moim pokoju przez 6 tygodni w zeszłym roku) z jeszcze kimśtam. Spojrzał na moją reklamówkę z trzema butelkami 勁酒, po czym zadał jakieś mądre pytanie w stylu ‘‘Are you guys drinking?’’, a ja mu na to, że ‘‘of course not, have you ever seen a Polish person drinking alcohol?’’

Brent przyjechał do Chengdu na stypendium rządu chińskiego, aby uczyć się języka chińskiego. Jako stypendysta ma zapewniony darmowy nocleg w pokoju dwuoosobowym w akademiku, ale ponieważ jak każdy co bardziej przedsiębiorczy Amerykanin dorabia na czarno jako biały nauczyciel języka amerykańskiego, wynajął sobie penthouse na pobliskim drapaczu chmur i regularnie urządza tam tańce, hulanki i swawole, na które nigdy mnie nie zaprasza. Dlatego też przez większą część semestru zimowego mieszkałem sam i mogłem sprowadzać sobie na noc przystojnych kolesi i wciągać koks bez strachu przed przypałem.

Z powodu pewnej historii z Koreanką z pokoju obok, do niedawna mieliśmy tylko jeden klucz do pokoju, a drugi pojechał do Korei, w związku z tym Brent nie mógł się oficjalnie wyprowadzić. Zapytał mnie za to, czy mógłby w moim pokoju mieszkać pewien Japończyk. Stwierdziłem, że w sumie i tak nie mam szczególnie wiele do gadania, więc się zgodziłem. Brent stwierdził, że należałoby Japończyka dla hecy upić, ale ów wysączył tylko pół puszki Kirina i więcej nie chciał.

Potem przygruchaliśmy sobie z korytarza osiem sympatycznych Koreanek, pojechaliśmy na dwa skutery do całodobowego, kupiliśmy jakąś absurdalną ilość napojów wyskokowych i urządziliśmy sobie małą pijatykę w pokoju 315. Stwierdziłem potem, że wszystko się zgadza — z okazji 8 marca balowaliśmy z 8 kobietami do godziny trzeciej. Nauczyliśmy Koreanki mówić ‘‘aśenajebałam’’. Wszystkie wstały na 8.30, choć były podobno bardzo zmęczone.

Mam więc teraz nielegalnego współlokatora Japończyka o imieniu Czarne Drzewo. Jest to współlokator raczej bezproblemowy. O 8.20 wychodzi na zajęcia, o 12.30 wraca z zajęć, po czym do 22 siedzi w pokoju, grając na PS Vita, i idzie spać. Raz z polskim kumplem po kieliszku, Szymonem zwanym Piotrem, spytaliśmy go, czy może zechciałby udać się z nami na dach i wypić jedno piwko. Wyszedł z nami na dach. Potem przygruchaliśmy sobie jeszcze cztery Koreanki i w rezultacie czegośtam stopniowo trafiliśmy do Only, już bez Koreanek, za to z germanowłoskim kumplem po kieliszku, Steffenem zwanym Steffenem.

Chodziliśmy po całym klubie, ale nie było tam żadnej sympatycznej Chinki, która zechciałaby nas zaprosić do swojego stolika. Kiedy już staliśmy przy szatni i mieliśmy odzyskać swoje okrycia wierzchnie, zjawiła się jakaś młoda, uśmiechnięta Chineczka. Upewniwszy się, iż mówimy trochę po chińsku, spytała, czy może zechcielibyśmy dać się zaprosić do stolika na szklankę jakiegoś napoju. Potem okazało się, że większość gości przy stole jest Kochająca Inaczej. Zostaliśmy zmuszeni do gry w kości na alkohol. Kiedy jeszcze byliśmy w stanie chodzić, ulotniliśmy się z lokalu.

Polski kumpel po kieliszku, Szymon zwany Piotrem, postanowił udać się do akademika i, docelowo, na zajęcia. Ja zaś, wraz z germanowłoskim kumplem po kieliszku, Steffenem zwanym Steffenem, poszedłem do jednej z pobliskich restauracji nocnych na pierogi ‘‘won-ton’’ w zupie. Nie zdążyliśmy nawet usiąść, a już zostaliśmy zaproszeni do zajęcia miejsc przy stole jakichś obcych Chińczyków. Zadawali wszystkie te same pytania, co zawsze, na które staraliśmy się im łamaną chińszczyzną odpowiedzieć. Zachęcali nas również do spożywania ich alkoholi.

Był tam też jeden facet, który gadał coś do jednej, całkiem niebrzydkiej Chinki, i próbował złożyć na jej ustach pocałunek, ale ona nie dawała mu się przekonać. Powiedziała mi potem, że z zawodu jest tancerką w „傾城•娛樂匯”, tym podejrzanym klubie, który mieści się nad „7-Eleven”, i do którego zawsze przyjeżdża najwięcej BMW, Mercedesów i Porsche. Zawsze są one w kolorze białym, i zawsze wysiadają z nich biznesmeni w garniturach szytych na miarę, w wieku około 40 lat. Dziewczyny, pracujące w tym klubie — bądź to w charakterze barmanek, bądź tancerek, bądź Budda Wie Jakim — przed, po i w trakcie pracy spożywają posiłki właśnie w naszym „7-Eleven”, dzięki temu mieliśmy okazję poznać wiele z nich, kiedy w poprzednim semestrze chadzaliśmy tam z Adrianem, Minami i tym Japończykiem, którego imienia nie pomnę, na Kiriny.

Raz zaczepiłem przed klubem dwie dziewczyny, które miały już chyba 18 lat. Były olśniewająco piękne i dobrze ubrane. Spytałem, co tu robią. Odparły, że są w robocie, pracują w tym klubie, o, tam, nad „7-Eleven”, i że właśnie odprowadzają klienta do samochodu. Faktycznie, przed wielkim, błyszczącym białym samochodem stały nie tylko Olśniewająco Piękne Chinki, lecz również cała gromada kelnerów, ochroniarzy, kucharzy i barmanów, uroczyście żegnających Szanownego Gościa. Na przednich siedzeniach samochodu, którego marka nie jest ważna, ale który pewnie kosztował wystarczająco dużo, żeby przychód z jego sprzedaży móc umieścić na lokacie w Amber Gold i nie musieć pracować do końca życia, siedzieli szofer i jego nienagannie odziany biznesmen.

Trzyipółlitrowy silnik zapalił od razu — ‘‘tukutuku-wruuum, wruuum’’. Zapłonęły ksenony, i szofer pewnie wyjechał spomiędzy gromady białych samochodów, wartych w sumie więcej, niż budżet województwa zachodniopomorskiego. Jeden z pracowników, wykonujących bliżej nieokreślony zawód, wręczył każdej z dziewczyn po 300 juanów, tyle samo również włożył do swojej kieszeni. Jako że minimalna dniówka w Chengdu wynosi jakieś 70 juanów, nie miałem wątpliwości, że dziewczyny te musiały się Szanownemu Klientowi w szczególny sposób przypodobać.

Kiedy później opowiadałem tę historię innym dziewczynom, pracującym w tym klubie, one mówiły, że wszystko źle zrozumiałem. Że może ten pan w samochodzie był ich wujkiem, a przecież wujkowie oraz inni członkowie rodziny często dają młodzieży pieniądze, nawet jeśli zdają sobie sprawę, że latorośl potrafi przebalować całą swoją wypłatę w ciągu trzech dni. (A spotykałem takich ludzi, nawet w Poznaniu). W pewnym momencie byłem już gotów uwierzyć, że może ten tajemniczy klub jest rzeczywiście po prostu szczególnie ciekawym miejscem do spożywania trunków, w którym, dla umilenia klientom czasu, tańczy dużo młodych, ładnych, skąpo odzianych dziewczyn. Germanoitalski kumpel po kieliszku, Steffen zwany Steffenem, mówił jednak, że raz zdarzyło mu się pójść tam ze znajomym Chińczykiem. Mówił, że jest dużo młodych, ładnych, skąpo ubranych dziewczyn, które zaczepiają klientów, prosząc o zakup napojów. Właśnie ‘‘to’’ wzbudziło moje podejrzenia — wszak w ‘‘normalnym’’ układzie dziewczyny zaczepiają białych głównie po to, aby spytać, czy ci nie chcieliby może dać się zaprosić.

2015-03-18 17:37:43 +0800
Dzień 21 (214) w Chinach

Chcę do Korei. Może mieć to jakiś związek z tym, że nasz akademik różni się w tej chwili od statystycznego akademika w Korei chyba tylko prędkością internetu. Nawet kuchenka mikrofalowa w naszym piętrze ma wszystkie napisy po koreańsku.

2015-03-19 15:23:44 +0800
Dzień 22 (215) w Chinach

Poszedłem wczoraj z polskim kumplem po kieliszku, Szymonem zwanym Piotrem, na piwo do „7-Eleven”. Postanowiliśmy pójść coś zjeść, a że po godzinie 21 normalne restauracje są już zamknięte, wybór padł na niewielką budkę z ‘‘maocai’’ 冒菜, syczuańską potrawą złożoną z obgotowanych na poczekaniu warzyw w zalewie z ostrej papryki i glutaminianu monosodowegoZa moich czasów nazywało się to „glutaminian sodu”.. Przy stoliku obok nas siedziały jakieś ‘‘typiary’’ w wieku lat siedemnastu. Jak się okazało, spożywały one tam właśnie kolację z zamiarem udania się następnie do klubu „1855”. Jako że przed klubem (nawet przed jego tylnymi drzwiami) zawsze stoi ochroniarz w hełmie Obergruppenführera, i ponieważ lokal ten zlokalizowany jest dokładnie na trasie „7-Eleven”<=>akademik, więc zawsze przechodzę tamtędy objuczony itemami jak objuczony wielbłąd, nigdy nie wpadłem na ten dziki pomysł, by pójść do tego klubu na balety. Ponieważ jednak zostaliśmy tam zaproszeni, zaszliśmy na chwilkę i wyszliśmy dopiero bardzo późnym wieczorem.

Najpierw poznałem tam szesnastolatkę o dźwięcznym (jakkolwiek bezsensownym) angielskim imieniu Caystal. Zaczepiłem ją dla hecy, gdy, poprawiając bluzkę podwiniętą pod cyce, cykała sobie foteczki przed lustrem koło toalet. Dziewczę to zaprzestało nauki po pierwszym semestrze liceum, a że oferty zatrudnienia w Chengdu dla dziewcząt z wykształceniem gimnazjalnym nie były dla niej wystarczająco atrakcyjne, chwilowo nie podjęła jeszcze żadnej pracy i strasznie jej się samej w domu nudzi. Dlatego też codziennie chodzi do „1855”, upija się Rémy Martinem i tańczy do utraty tchu. Napisałem jej później, że nic dziwnego, że nie spodobało jej się w liceum. Caystal ma zaledwie 155 cm wzrostu, a liceum w języku chińskim nazywa się ‘‘gaozhong’’ 高中, dosłownie „wysoka szkoła średnia”. “難怪你沒有讀高中。你這個個子只能讀矮中。” — „z twoim wzrostem mogłabyś uczęszczać tylko do niskiej szkoły średniej”.

Potem pojawiła się całkiem niebrzydka, i dużo wyższa od Caystal, Chinka z tlenionym włosiem. Powiedziała mi, że ma na imię Nana 娜娜 (to właściwie nie znaczy absolutnie nic), i że jej stary jest wprawdzie z Syczuanu, ale jej matka jest jakoby Japonką. Faktycznie, twarz jej nie wykazywała syczuańskich cech antropologicznych. Nana miała już dość tęgo w czubie, ale mimo to szczodrze polała sobie i mnie czyściutkiego Rémy’ego Martina i spytała, czy nie chciałbym może zostać jej chłopakiem. Powiedziałem jej, że jestem zaszczycony, ale przed wydaniem ostatycznego werdyktu w tej sprawie wolałbym, żeby zadała mi to samo pytanie w ciągu dnia, i najlepiej w nieco innym stanie umysłu. Pewien Chińczyk powiedział mi, że starał się o względy tegoż dziewczęcia od wielu lat, i żebym tego nie spierniczył.

Wymieniliśmy się numerami telefonów, ale niedługo potem jej smartfon rozpuścił się w tęczowe światło i powrócił do przestrzeni. Nana biegała po klubie, w nadziei, że może zaginięcie nie jest jeszcze ostateczne i nieodwracalne. Niestety, telefon nie odnalazł się. Dziewczęciu bardzo zależało na pozostaniu ze mną w kontakcie, dlatego też dała mi numer do swojego przyjaciela, po czym obróciła się na pięcie i odjechała do domu zieloną chengduską taksówką zaprzężoną w dwa siwe koniki.

Nazajutrz Kopciuszek nie odezwała się. Nie zgubiła nawet pantofelka. Z drugiej strony, byłoby chyba nieludzkie oczekiwać, żeby dziewczyna gubiła obuwie po tym, jak straciła telefon. Caystal pisała mi, że ukradziono jej w „1855” już: komórkę, portfel, torebkę, pieniądze i odzież — a mimo to nadal przychodzi tam dzień w dzień. Upija się Rémy Martinem i tańczy do utraty tchu. To właśnie jest szczęście.

Szukam czegoś, co nada memu życiu sens. Czyżby czas na kolejną koreańską dramę?

2015-03-26 17:31:22 +0800
Dzień 29 (222) w Chinach

Kupiłem bilet do Seoulu i z powrotem. Wylot z Chongqingu 16 kwietnia, powrót 26 kwietnia. W obie strony przesiadka w Xiamen. Właściwie to nie bardzo mam na tę wycieczkę pieniądze. Cała moja nadzieja w tym, aby International Students’ Office, tak jak obiecało, przysłało nam na kwiecień podwojone stypendium z rekompensatą za wcześniejsze miesiące, spędzone w ubóstwie i smutku.