Jak wiadomo, a przynajmniej jak wiedzą moi koledzy, nigdy nie wylewałem za kołnierz i było mi z tym całkiem dobrze. Żyjemy wszak w kraju, w którym nie piją tylko pedały i abstynenci, bo każdy abstynent to pedał. W liceum ultymatywną formą rozrywki po lekcjach było pójście po piwo i wypicie go na trzepaku koło podwórka pani Władzi, która była moją babysitterką, kiedy byłem jeszcze małym szkrabem, tak małym, że mogłem dosiadać jej czarnego psa rasy mieszanej o imieniu Dingo i karmić go jarzębiną (zawsze nią wymiotował, ale ja i tak go nią karmiłem). Miałem też zaprzyjaźnioną punkową rodzinę, u której zawsze można było zorganizować tęgi melanż, mimo że za każdym razem ktoś rzygał pod materac, zatykał umywalkę w łazience albo przepalał dywan węgielkami od fajki wodnej.

Również studia są pod tym względem ciekawym okresem, pełnym suto zakrapianych imprez w akademikach, oblanych egzaminów, które trzeba zdać, i zdanych, które trzeba oblać, sinologicznych ognisk, wieczorków tanecznych, dancingów w Klubie Osiedlowym „Na Pięterku”, białych sportowych samochodów z obniżonym zawieszeniem, wyzywająco warczących silnikiem pod drzwiami dla WIP-ów klubu Pacha (sądząc po twarzach gości, jest to Pacha raczej spocona i nieogolona, zwłaszcza że w logo widnieją dwie czereśnie z szypułkami).

Podejrzewam, że również Ty, Czytelniku, masz z okresu wczesnomłodzieńczego podobne wspomnienia — tak to wygląda w Polsce i raczej na lepsze się nie zmieni.